niedziela, 18 października 2015

#4 PW: Marcin Jamiołkowski

Witam!
Marcin Jamiołkowski
Przedstawiam kolejnego pisarza, który zgodził się napisać dla nas tekst – Marcin Jamiołkowski. Autor serii „Okup krwi”, „Order” i „Bezsenni” oraz książki „Keller”.
Poznajmy jego historię! ☺



Dopiero kiedy skończyłem pisać „Okup krwi”, zastanowiłem się – co dalej? Napisałem książkę i powinienem ją wydać. Przynajmniej spróbować. Książkę czytało do tej pory tylko wąskie grono przyjaciół, obawiałem się, że ich opinie mogą być nie do końca obiektywne (choć starali się bardzo). Nie puściłem tekstu w Internet, na żadne forum, tylko stwierdziłem, że pójdę na żywioł.
Plan miałem taki – wyślę tekst do kilku wydawnictw, a jeśli żadne nie będzie zainteresowane – wcielę plan „B”.
„Okup krwi” i „Order” miały się ukazać pierwotnie razem jako jedna część serii o Herbercie Kruku, więc traktowałem je jako jedną powieść. Przed wysłaniem jednak postanowiłem tekst wygładzić. Miałem świadomość tego, ile znaczy porządna redakcja i korekta. Nie chciałbym przecież, żeby ktoś w wydawnictwie, kto otworzy mój tekst, odrzucił go ze względu na rażące błędy. A byłem przekonany, że błędy są. Pisanie jest podobne do programowania – czasem nie widzi się swoich błędów, podświadomie ucieka się wzrokiem z danego fragmentu. Potrzeba jest trzecia osoba, ale taka, która się zna na rzeczy.
Udało się, jeden z moich kolegów „podsunął” mi osobę, która podjęła się (ciężkiej) pracy wykonania redakcji i pierwszej korekty. Ale nie w edytorze tekstu, ale na wydrukowanej kopii. To było moje pierwsze spotkanie ze znaczkami korektorskimi wstawianymi w tekście i na marginesach! Mam jeszcze te wydruki, z zaznaczonymi zielonym długopisem błędami.
Kilka wieczorów poświęciłem na wprowadzenie poprawek na komputerze i... zacząłem szukać wydawnictw. Poświęciłem na to kilka dni, aż zrobiłem listę dokładnie pięciu. Przygotowałem teksty, napisałem maile, upewniłem się, że załączniki są w wymaganych przez wydawców formatach (to też ważne – przecież nie chciałem, żeby ktoś odrzucił mi tekst, bo na stronie było wyraźnie napisane, że nie przyjmują .DOC tylko .RTF).
I wysłałem.
Teraz pozostawało uzbroić się w cierpliwość – niektórzy deklarowali, żeby wytrzymać sześć miesięcy, niektórzy trzy, inni w ogóle nic nie pisali. Ogólnie przyjąłem prostą zasadę – czekam pół roku. Jeśli w tym czasie nie odpowie mi nikt – wdrażam wspomniany już plan „B” (zaraz o nim opowiem).
W ciągu pół roku dostałem dwie odpowiedzi. Jedna była odmowna z uzasadnieniem (w skrócie): fajne, ale nie drukujemy debiutów. Stwierdziłem, że świetnie, że w ogóle odpowiedzieli. Przypuszczałem, że niektóre z wydawnictw, które w ogóle zrezygnowały z umieszczania wytycznych na stronie (czcionka, marginesy, strona, format pliku) – muszą otrzymywać jakąś masakrycznie wielką ilość tekstów do przemielenia. Miałem uzasadnione podejrzenie, że z wielu odpowiedzi nie dostanę. Nie pomyliłem się.
Druga z odpowiedzi była pozytywna. I przyszła bardzo szybko, tak szybko, że stwierdziłem, że coś musi tu być grubo nie w porządku. Początkową radość przysłoniło kluczowe słowo – „współfinansowanie”.
Otóż, według mojej wiedzy na ten okres (koniec roku 2013), wydawnictwo to firma, która weźmie tekst od autora, przeprowadzi rzetelną redakcję (która polega na obopólnej współpracy), korektę, przygotuje promocję, załatwi dystrybucję i ma swoje kanały sprzedaży. Nie wiem, skąd miałem tę wiedzę, ale tak się wydaje książki w normalnym świecie, prawda? Prawda?
Odkryłem wówczas, że powstały w Polsce wydawnictwa czy też firmy wydawniczopodobne, które wydają autorów (nawet debiutantów!). Ale pobierając pewną opłatę od autora.
Zaraz, moment! Chcieli ode mnie pieniędzy za wydanie książki? Tłumaczyli to faktem, że debiut może się nie przyjąć na rynku i jeśli połowę zapłacę ja, a połowę oni, to podzielimy się niejako ryzykiem.
Zobaczyłem, że oferta tegoż „wydawnictwa” przewiduje także opcję, w której to oni w całości pokrywają koszta wydania. Pierwsza myśl była – widać ja muszę zapłacić, bo mój tekst był nie najlepszy.
Ale postanowiłem wszystko sobie policzyć. Kwota, którą mi zaproponowano, była słona. Kiedy zacząłem sobie wszystko wyliczać, wyszło mi jedno: Ktoś chciał na mnie zarobić. Za te pieniądze mógłbym sobie spokojnie wydrukować książkę sam. I zostałoby mi sporo kasy, bo drugie tyle. Dodatkowo opinie w necie o praktycznie zerowej redakcji tekstu wzbudziły niechęć.
Później jeszcze sprawdziłem, jaki „wydawnictwo” ma zasięg, gdzie pojawią się książki, przecież najważniejsze w wydawnictwie jest to, że to ono robi promocję i zajmuje się dystrybucją!
Tu sprawy wyglądały tak kiepsko, że postanowiłem nie zawracać sobie głowy firmą, która zwyczajnie chce wyciągnąć ode mnie pieniądze, oferując w zamian niewiele.
Ale prawie dałem się naciąć – gładkie słowa na temat mojej książki, kuszenie szybkim wydaniem. To była pułapka, w którą nie wpadłem, bo wszystko udało się wyliczyć.
Ale co dalej? Inne wydawnictwa milczały jak zaklęte, tak więc zacząłem sobie powoli wdrażać ten mój plan „B”. To nie było nic skomplikowanego – otóż postanowiłem wydać książkę własnym sumptem. Ale – od razu uprzedzę – tylko jako ebooka. Naprawdę nie jest trudno wydrukować sobie kilkaset książek w dzisiejszych czasach. Ale gdybym się zdecydował na druk – nie bardzo wiedziałbym, co z taką ilością makulatury zrobić. Gdzie wysłać? W jaki sposób dostać się do księgarni? Jak się promować? Oczywiście zrozumienie tego nie leży poza zrozumieniem, ale nie miałem czasu i ochoty zajmować się tym wszystkim. Papierowe wydanie groziło tym, że pozostanę z paletą książek, którymi zajmą się ostatecznie tylko szczury.
Za to ebook – stworzyć, opublikować i wpuścić na jedną z popularnych platform dla selfpublisherów – żaden problem. A potem... jeśli nie będzie zainteresowania, to trudno. Ebook może sobie wisieć w Internecie po wsze czasy, a ja mogę się zająć innymi rzeczami niż pisanie.
Stwierdziłem, że skoro tak, to zrobię to profesjonalnie (no dobra, na tyle, na ile to możliwe).
Zapytałem koleżankę, czy nie zechciałaby narysować mi okładkę do pierwszej części. Podjąłem decyzję, rozdzielam książkę, pierwsza część będzie miała tytuł „Okup krwi”. Koleżanka zgodziła się. Żona narysowała mi klimatyczne ilustracje. Zamiast „trzech gwiazdek”, które często dzielą ustępy tekstu, wstawiłem piórko (bo przecież bohater nazywa się Kruk).
Mając tekst, ilustracje i okładkę, zrobienie wymaganych przez selfpublisherów plików ePub i mobi nie stanowiło problemu. Odpowiednie formatowanie, darmowa czcionka, stopki redakcyjne, zapowiedź kolejnych części na końcu książki i reklama profilu na Facebooku. Wszystko, żeby ktoś, kto sięgnie po ebooka, miał wrażenie, że dostaje profesjonalną pozycję.
Koszt przygotowania – zero, bo całą pracę wykonałem sam.
Właściwie wszystko było gotowe, konto na platformie założone, ebook gotowy.
Wtedy w ręce wpadł mi artykuł, zdaje się z „Nowej Fantastyki”, w którym zachwalano „Pokój Światów” Pawła Majki oraz wydawnictwo, które go wypuściło – Genius Creations.
Ostatni impuls kazał mi zajrzeć na ich stronę. Przeczytałem, że w ciągu trzech tygodni recenzenci wydawnictwa przeczytają książkę i dostanę odpowiedź – nieważne jaką. A to dla każdego autora bardzo ważne – dostać odpowiedź, choćby odmowną nawet! Często nie odpowiada nam przecież nikt! I jeszcze ten termin – trzy tygodnie. Ha!
Wysłałem zatem „Okup” do Genius Creations. Piękny i gotowy do e-publikacji, z okładką i ilustracjami.
A miesiąc później facebookowy profil wymieniony w mojej książce polubił właściciel wydawnictwa. Zanim zdążyłem zrozumieć, co to może oznaczać, zadzwonił i powiedział: „Bierzemy!”.
I tak to poszło.
Myślę, że oprócz fabuły (która okazała się na tyle interesująca, że recenzenci wewnętrzni wyrazili pozytywną opinię) zaprocentowała tutaj schludność przygotowania. Zapewne fakt, że tekst był już po pierwszej redakcji, nie był bez znaczenia.
Jeśli miałbym komuś udzielić rady – wysyłajcie teksty naprawdę przygotowane, sprawdzone. Wygładzone. Ktoś, kto będzie czytał Waszą opowieść, ma zostać urzeczony przez fabułę, a nie wybić sobie zęby, potykając się ciągle na literówkach.


Czasem warto mieć w zapasie taki plan „B”, który wcielimy w życie, kiedy wszystko inne zawiedzie. Zresztą znane są przypadki pisarzy zaczynających od self-publishingu – szczególnie popularne jest publikowanie ebooków poprzez Amazona. Przykład: K.A. Tucker, kanadyjska pisarka, której książki – według bazy Lubimy Czytać – przeczytało przeszło dwa tysiące osób, a ma zamiar przeczytać aż pięć tysięcy. Po tym, jak autorka zdobyła fanów dzięki książkom yound adult, zainteresowało się nią jedno z największych wydawnictw na świecie – Simon & Schuster.
Prezencja wysyłanych propozycji również z pewnością jest bardzo ważna, dlatego nie bójmy się dopieszczać naszych perełek przed wysłaniem decydującego maila. Wydawca też człowiek, więc może posiadać tę słabość i „oceniać książkę po okładce”.
Może. Ale oczywiście nie musi. ☺


Serdecznie dziękuję Panu Marcinowi, że zechciał napisać dla nas ten krótki tekst. Doceniamy! Zarazem zachęcam do zapoznania się z jego twórczością.

3 komentarze:

  1. Bardzo budująca historia - zwłaszcza dla kogoś, kto tak średnio wierzy w opłacalność ebooków ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie puściłem tekstu w internet
    Wielką literą: Internet.

    Otóż według mojej wiedzy na ten okres (koniec roku 2013) wydawnictwo to firma
    Przecinki przed według i wydawnictwo.

    Nie wiem skąd miałem tę wiedzę
    Przecinek przed skąd.

    które wydają autorów, (nawet debiutantów!).
    Przecinek przed nawiasem jest zbędny.

    Dodatkowo opinie w necie o praktycznie zerowej redakcji tekstu wzbudziły dodatkową niechęć.
    Powtórzenie.

    Później jeszcze sprawdziłem jaki „wydawnictwo” ma zasięg
    Przecinek przed jaki.

    przecież – najważniejsze w wydawnictwie jest to, że to ono robi promocję i zajmie się dystrybucją!
    Zbędny myślnik. // Zajmuje.

    która zwyczajnie chce ze mnie wyciągnąć pieniądze
    Ode mnie.

    Ale co dalej.
    Znak zapytania zamiast kropki.

    nie bardzo wiedziałbym co z taką ilością makulatury zrobić.
    Przecinek przed co.

    Oczywiście zrozumienie tego nie leży poza zrozumieniem
    Lol.

    Facebook’u
    Bez apostrofu: Facebooku.

    Wszystko, żeby ktoś kto sięgnie po ebooka, miał wrażenie
    Przecinek przed kto.

    Wtedy ręce wpadł mi artykuł
    W ręce.

    Zanim zdążyłem zrozumieć co to może oznaczać
    Przecinek przed co.

    Ktoś kto będzie czytał Waszą opowieść, ma zostać urzeczony przez fabułę
    Przecinek przed kto.

    potykając się cięgle na literówkach
    Ciągle.

    Z resztą znane są przypadki pisarzy zaczynających od self-publishingu
    Zresztą.

    Przykład: K.A. Tucker, kanadyjska pisarka, której książki – według bazy Lubimy Czytać – przeczytało przeszło dwa tysiące osób, a ma zamiar przeczytać aż pięć tysięcy.
    Eee, a to ma powalić niby?

    Po tym jak autorka zdobyła fanów dzięki książkom yound adult, zainteresowało się nią jedno z największych wydawnictw na świecie – Simon & Schuster.
    Przecinek przed jak.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ever wanted to get free Twitter Followers?
    Did you know you can get them AUTOMATICALLY & TOTALLY FOR FREE by registering on Like 4 Like?

    OdpowiedzUsuń